Urlop na Filipinach najlepiej zaplanować od grudnia do maja – wtedy nie trafiacie na porę monsunową, w której w zwiedzaniu mogą przeszkodzić Wam obfite deszcze. Filipiny mają też ten plus, że są naprawdę tanim krajem – największym kosztem wakacji jest bilet lotniczy – jednak często można trafić jakąś promocyjną ofertę Tłumaczenia w kontekście hasła "od jutra idę na urlop i wracam" z polskiego na angielski od Reverso Context: Tłumaczenie Context Korektor Synonimy Koniugacja Koniugacja Documents Słownik Collaborative Dictionary Gramatyka Expressio Reverso Corporate Tłumaczenie hasła "urlop" na rosyjski . отпуск, побывка, увольнение to najczęstsze tłumaczenia "urlop" na rosyjski. Przykładowe przetłumaczone zdanie: Kiedy zaczynasz przypominać swoje zdjęcie w paszporcie, powinieneś jechać na urlop. ↔ Когда начинаешь быть похожим на своё паспортное фото, тебе надо в Urlop od pracy zarobkowej, żeby pracować za darmo w domu. ZOBACZ MEM: Ja idąca na urlop. Zdecydowanie najlepszy serwis z memami w Polsce. Aktualne memy, zabawne gify i śmieszne filmiki. Sprawdź! Idę na urlop: 5 dni Nie, to nie koniec świata:) Odpowiedz klienta: matko! aż 5 dni Akurat mam szczęście bo nie muszę czuć się niezbędna, więc generalnie na… pada gambar disamping perbandingan sisi yang benar adalah. #1 Napisano 10 czerwiec 2008 - 14:18 ………………….dn.………………….. PODANIE O URLOPO Istoto Najdoskonalsza! Ja, padalec ohydny co z najpodlejszej dziury kloacznej wypełzł, niegodzien Twych przeczystych śladów ciałem mym haniebnym brukać, ni wzroku kaprawego na Twój cień potężny wznosić, ani moim tchem cuchnącym krystalicznej woni oddechu Twego kalać, ja, najnędzniejszy z nędznych wiję się u Twoich stóp, które po płatkach róż tylko stąpać powinny, nikczemną twarzą w proch padając, błagam Cię, o Dostojny, byś raczył skłonić swe oblicze i by Twe niezmącone oko spoczęło na tym lichym wniosku. I ze swej jamy nieczystej, ja plugawy skamlę do Ciebie o Najmądrzejszy z Mądrych, byś w łaskawości Swej nieskończonej wniosek ów raczył przyjąć i pozytywnie o urlop od…………………do…………………………Dni roboczych……………………..Podpis……………………………………………………………Akceptacja Najdoskonalszego………………………………….. 0 Jeżeli nie możesz mieć tego, co najlepsze, zrób użytek z tego co masz Do góry Jakiś czas temu poprosiłem moich czytelników o podzielenie się zabawnymi sytuacjami z udziałem dzieci. Poniżej przeczytacie wybrane przeze mnie śmieszne historie. Niektóre z nich są tak szalone i nieprawdopodobne, że właściwie mogą być gotowym scenariuszem na serial komediowy. Przeczytajcie sami! Kolejność jest przypadkowa oprócz pierwszej historii, którą nagrodziłem zestawem zabawek edukacyjnych – ta historia rozbawiła mnie do łez. 🙂Och, KarolMarcelina opowiedziała zabawną historią jaka przytrafiła jej się w kinie:Staś (5 l.) z okazji Dnia Dziecka wybrał się ze mną – swoją ciotką i matką chrzestną w jednej osobie do kina. Traf chciał, że mieliśmy miejsca obok 4-letniego chłopca i jego mamy. Stasiu, to zawadiacki przedszkolak, więc od razu zabrał się za zawierania znajomości: Staś: „Cześć jestem Stasiu, a Ty jak masz na imię?”. Chłopiec: „Liiefffko” (mniej więcej tak to usłyszałam, więc podejrzewam, że Stasiu usłyszał podobnie – dla wyjaśnienia chłopiec miał na imię Gniewko). Staś: (po dłuższej chwili konsternacji) „A mogę mówić do Ciebie Karol?”. Myślałam, że umrę ze niespodziankaMartyna podzieliła się historią z udziałem 5-letniego kuzyna Leszka:Moja siostra przychodzi po niego do przedszkola. Przedszkolanka podchodzi do mojej siostry z jakimś zawiniątkiem w siatce i bardzo dyskretnie i cichym głosem mówi do niej: „Proszę wziąć tą siatkę, bo Lesio miał małą niespodziankę” (oczywiście w środku były zanieczyszczano majtasy). Na co Lesio na cały głos, zupełnie nieskrępowany: „Jaką niespodziankę? Ja się po prostu obsrałem”.Ojciec MateuszKasia opowiedziała o zabawnym dialogu koleżanki z jej synem:Koleżanka z pracy wypytuje mojego 3-latka o pierdoły i pytanie: „Gdzie pracuje mama?” Syn: „Uczy dzieci w przedszkolu”. „A co robi tata?”. Syn: „Pije piwo i ogląda Ojca Mateusza”.Bilety do kościołaSara podzieliła się sytuacją, w której rozbawił ją syn:Mój niezwykły synek był ostatnio pierwszy raz w kościele […] Początek ślubu, pełno ludzi wchodzi do kościoła, każdy uśmiechnięty aczkolwiek w miarę poważny, w miarę cicho. Nagle mówi jego cudnym donośnym głosem: „Mamo, a czy trzeba mieć tu bilety?”. Za jakieś 30 minut, gdy ksiądz podszedł do niego z tacą, synek spojrzał się na niego, na koszyk, jeszcze raz na niego i wybrał sobie z koszyka przysłowiowa dyszkę. Oczywiście wytłumaczyłam mu, że tutaj się wkłada, a nie bierze – mina księdza miłośćAgnieszka opowiedziała o radości swojej 2-letniej córeczki:Kilka miesięcy temu mąż robił dużo nadgodzin i córka bardzo za nim tęskniła. Przyszła upragniona sobota wieczór. Leżymy wszyscy w łóżku i mówię: „Tęskniłaś mocno za tatą?”, a córka: „Tak, bardzo tęskniłam”. Mówię: „Może chciałabyś coś tacie powiedzieć” i próbuję ją naprowadzić: „Kooooo…”,a ona z impetem i całą szczerością krzyczy: „Koło!” (miało być Kocham Cię).Wyjście na miastoDorota przypomniała o szczerości dzieci:Pewnego pięknego dnia mój mąż bardzo źle się czuł, a w planie mieliśmy wyjazd do centrum na mały spacer i zakupy. Mąż zadecydował, że samopoczucie mu nie pokrzyżuje planów i jedziemy – z resztą jak sam zauważył czuł się już lepiej. No więc spakowaliśmy dzieci i ruszyliśmy na przystanek tramwajowy. Czekaliśmy na tramwaj, dzieci dokazywały przy wiacie, ludzi pełno – weekend. W pewnym momencie mój starszy syn wstaje z kucek, patrzy się na ojca i GŁOŚNO pyta: „Tato, a czy ty nadal masz sraczkę?”. Cisza jaka zaległa na przystanku była porażająca, by za chwilę przejść w stan cichego duszenia się ze śmiechu. Szczęki ze śmiechu nie mogłam podnieść z ziemi. Biedny mąż – najpierw w szoku, później płakał ze podzieliła się zdolnością Hani do rymowanek:Mój Młody jest jeszcze za mały, ale jeden dialog z córeczką kuzynki bardzo utkwił mi w pamięci. Szłyśmy kiedyś we trzy po mieście i weszłyśmy na osiedle, gdzie rosło dużo drzew. Ja z kuzynką rozmawiam, a Hania (4 l.) nagle nas ucisza i mówi: „Mamusiu cicho, bo jesteśmy w lesie”. Kuzynka pyta więc: „Haniu, a dlaczego w lesie trzeba być cicho?”. Na co Hania: „Bo przyjdzie Zdzicho”. My tu czekaliśmy na odpowiedzi typu, żeby nie straszyć zwierzątek a Ona tak nas do babciJustyna opowiedziała o radości wspólnego czasu:Mój mąż pracuje w delegacjach. Jak wraca po dwóch tygodniach do domu cieszymy się obie z córką. Okazujemy sobie wzajemnie dużo ciepła i miłości. Nie szczędzimy czułych gestów, buziaków czy przytulania – zarówno wobec siebie nawzajem, jak i wobec córki. I któregoś dnia mąż wrócił popołudniu, usiedliśmy w pokoju, przytulił mnie do siebie, pocałował, a Mila biegała wokół nas. Po chwili zniknęła i jak się okazało poleciała do babci (po sąsiedzku) oznajmić: „Babciu mama i tata znowu się przytulają i całują. Ale oni są całuśni”.Podwójne szczęścieSara podzieliła się ciekawą interpretacją na temat brzuszka:Sytuacja z wczoraj. Pakuje ciuszki dziecięce, bo szwagier spodziewa się dziecka. Wpada młodszy syn i pyta: „Mamusiu, a dla kogo to?”, na to ja: „To dla wujka, bo ciocia spodziewa się dzidziusia”, syn na to tak: „To wujek też ma w brzuchu dzidzie i ciocia też, o chulla będą dwa dzidziusie”.Dziecięca troskaKarola opowiedziała zabawną historię związana z porządkami:Robiąc porządki segregowałam ubrania porozrzucane przez moją rodzinę po domu. To co do prania rzucałam na jedną kupkę, na podłodze na środku pokoju. Tę sytuację wykorzystała nasza jamniczka Bajunia i ułożyła się wygodnie na tej o to kupce ubrań, która dalej rosła. Moja Córcia po chwili pyta mnie: „Mamo, dlaczego rzucasz te ubrania na podłogę?”, na to ja: „Ponieważ są brudne i idą do prania”. Moja Córka na to do psa: „Bajunia zejdź z tych ubrań., bo się pobrudzisz”.Braterska miłośćJola podzieliła się opiekuńczością brata do siostry:Kiedy synek miał 2,5 roku, a córeczka 9 miesięcy szykowaliśmy się, bo miało nas odwiedzić kilkoro znajomych. W ferworze zabawy przewrócił się kubek z wodą. Myślę OK i tak miałam podłogę umyć. Przygotowałam wodę i mopa, którego dałam synkowi, bo uwielbiał myć podłogę, a sama poszłam obok do łazienki umyć ręce. Kiedy byłam jeszcze w łazience słyszę radosny głos synka: „Mamo umyłem Zuzannę!”. Pierwsza myśl: „Jakie k… umyłem Zuzannę?!”. Wybiegam z łazienki, a tam syn mój wspaniały i jedyny myje mopem plecy siostry. Ale przecież jest dobrym bratem i brudnym mopem siostry nie umyje, a skądże, najpierw mopa zanurzył w wodzie i dopiero potem zabrał się za mycie Zuzy. Córka była zachwycona, a ja robiłam wszystko, żeby nie wybuchnąć gromkim porachunkiWeronika opowiedziała jak dobrą pamięć ma jej syn:Jest nas czworo: mama, tata, Marysia (3 l.) i Janek (2 l.). Razem z Marysią uczyłyśmy ostatnio Janka, kto jest kim w rodzinie. Na drugi dzień pytam: Kim dla Janka jest Marysia? – siostrzyczka. Kim dla Marysi jest Janek? – braciszek. Kim jest Janek dla mamy? – synuś. Kim jest Marysia dla taty? – córeczka. A tata od mamy, to jest kto? Janek myśli, myśli… Widać szuka w pamięci odpowiedniego słowa i nagle ma! – Tata od mamy… yyy… WĄŻ!Lodowa troskaJoanna podzieliła się radością niedzielnego spaceru:Moje córki miały wtedy 4 i 5 lat. Niedziela. Pięknie, słonecznie. Zabraliśmy dziewczynki na lody. Wiadomo, deptak, ludzi dużo, pewnie z kościoła wracali. Ubrudziłam się lodem na nosie, a nasza Zosia na cały głos: „Mamo! Mamo! BABOL CI WISI”. Ze śmiechu nie mogłam nawet jej wytłumaczyć, ze to lód. Miny ludzi bezcenne. Wszyscy rozbawieni na cały bliźniaczkiSylwia opowiedziała historie z udziałem bliźniaczek:Niedawno musiałam pójść z jedną z bliźniaczek (5 l.) do lekarza. W poczekalni spotkałyśmy ich panią wychowawczynię z przedszkola i moja Luśka musiała oczywiście wgramolić się do pani na kolana. Pani: „Luizka jaka ty jesteś ciężka, pewnie zjadłaś dużo na jadłaś?”. Luiza: „Kiełbasę ZIELONĄ”. Oczy wszystkich skierowały się na mnie, bo zapewne pomyśleli, że truje dziecko i daje przeterminowane jedzenie. Oczywiście wytłumaczyłam, że to była wędlina ze szpinakiem. Dzisiaj z kolei jak byliśmy w McDonaldzie, to podczas jedzenia nakruszyła na stole i dość głośno skomentowała: „Jaki tu syf”.Druga z bliźniaczek za to ostatnio jak je odbierałam z przedszkola krzyczała: „Mamo, mamo zobacz jak ja szybko BIEGAM, mów do mnie BIEGunka”.Wesołe rodzeństwoNatalia przypomniała o niewinności dzieciństwa oraz o tym jak dzieci naśladują swoich rodziców:Moja najstarsza córka jak miała 3 latka, to przekręcała całe mnóstwo wyrazów, z czego zawsze wychodziła jakaś dziwna sytuacja… Pewnego razu szła z babcią i dziadkiem przez miasto, gdzie przy głównej ulicy są sklepy i chodzi mnóstwo ludzi. Dziadek przechodził przez pasy i nagle zapaliło się czerwone światło, a babcia z nią, nie zdążyły przejść… Moja córka wtedy w obawie, że dziadka rozjedzie auto, zaczęła krzyczeć na całą ulicę: „Dziadek ch*j!!!” – a miało być dziadek stój!!! Dziadek oczywiście udawał, że ich nie zna i poszedł kawałek dalej, a babcia spaliła mega buraka…Natomiast moja młodsza córka rok temu jako 4-latka w przedszkolu wypaliła do Pani, że nie będzie sprzątać zabawek, bo nie jest sprzątaczką i że tak mówi jej mama. Było mi mega głupio, zwłaszcza że mówiłam to w innym kontekście – tzn. kiedy oczekuje, aby dzieci po sobie posprzątały zabawki czy ubranka. Po przebieraniu się do piżamek mówię, że muszą mi pomagać, bo nie jestem ich sprzątaczką, aby wszystko po nich moja córka – ta najmłodsza – powiedziała na podwórku do sąsiadów i osób przebywających tam, że mama zamknęła ją z rodzeństwem w pokoju na klucz i nie chciała wypuścić… Zmarłam… Owszem to była prawda, ale trwało to jakieś max 10 min, bo mój mąż – a ich tata – musiał przyciąć deski piłą, a oni się kręcili po przedpokoju, a nie chcieliśmy aby stała się jakaś tragedia (wszelkie tłumaczenia i prośby nie dawały rady)… A teraz weź to wytłumacz tym wszystkim ludziom… Mowę mi obserwatorEwa opowiedziała o wielkim sercu córeczki oraz o jej wizytach u dentysty:Moja Ola (3 l.) jest na tyle hojnie obdarzona wielkim sercem i empatią do ludzi, że często zaskakuje mnie w komunikacji miejskiej. Wielokrotnie ustępuje miejsca starszym osobom, by potem wykrzykiwać, że chce na kolana do „babci” czyli owej starszej pani. Ostatnia sytuacja rozbroiła mnie jak i osoby w pobliżu. Płakałam ze śmiechu podczas jazdy tramwajem, gdy Olusia usłyszała jak inne mniejsze dziecko płacze i wtedy padło jednocześnie najpiękniejsze i najśmieszniejsze zdanie jakie moje dziecko wypowiedziało: „Mamo co to było? Dzidzia płacze! Ona chce mleka, daj jej cyca! Ona musi cyca pić!”. Momentalnie zaczerwieniłam się i jednocześnie wybuchłam takim śmieszkiem – to było takie urocze jak mnie ciągnęła za rękę do płaczącego dziecka bym dała mu swoja pierś. A wszystko przez to, że nasza rodzina się powiększyła i Olunia ma teraz braciszka. Bacznie obserwuje i o wszystkim rozbroiła mnie sytuacja u dentysty, gdy inne dzieci lamentują ze strachu i boją się tam chodzić. Często wybuchają złością lub łzami, a moja Ola z uśmiechem na twarzy wchodzi do gabinetu i mówi: „Muszę myć zęby, mam robaki, trzeba wyrzucić robaki z ząbków”. Gdy przychodzi moment wyjścia i powrotu do domu z gabinetu, to pojawiają się łzy i krzyki: „Ty mamo idź, ja tu zostaje. Do domu idź, ja nie idę, muszę robaki… ja zęby muszę myć u pani doktor bzit bzit” i z jaką powagą ona to mówi, że ja mam sobie iść, a ona zostaje. wujekMarysia podzieliła się wspaniałomyślnością swojego synka:Pewnego razu mój brat chciał dać mojemu synkowi (wówczas 4-letniemu) pieniądze, gdy ten nas odwiedził. Mój syn zamiast wziąć odpowiedział: „Wujek, zostaw sobie – mam więcej w skarbonce”. Oczywiście nie wiedział nawet ile szaleństwoDominika opowiedziała o tym, jak udane są zakupy z udziałem dzieci:Sytuacja w sklepie w czasie zakupów: idąc już w stronę kasy 6-letnia wtedy córka zatrzymuje nas i woła: „Jeszcze nie wszystko, jeszcze nie wszystko”. Podnosi czteropak piwa i leci do nas. Mąż na to: „Rybko, ale tego nie potrzebujemy”, na co córka: „A co tato już nie lubisz?”. Burak na całego, bo ludzi przy kasie było dużo, a córka głośna. Skwitowaliśmy to śmiechem, bo co poradzić w tej była sytuacja w sklepie, gdzie pani strasznie przebierała w bułkach. Mówię do męża, że normalnie jakbym miała gorszy dzień, to bym jej tak ładnie uwagę zwróciła, że nauczyłaby się, że to niehigieniczne. Wtedy córka też mając wtedy 6 lat (ogólnie te 6 lat u córki to jajowe było, jeżeli chodzi o śmieszne akcje) podeszła do tej pani i mówi: „To nie higieniczne”. Pani spojrzała i dalej robi wir w bułkach. Córka nie dała za wygraną i kontynuuje: „Bo pani to szczęściarą dziś jest, bo moja mama to by pani pokazała jak bułki należy brać, ale nie ma dziś humoru to pani odpuściła!”. Z tupotem podeszła do nas i poszliśmy dalej. Widok miny kobiety i uśmiech na twarzach klientów spowodował u nas płacz ze śmiechu. I szczerze boję się o swoją młodszą pociechę co będzie wyrabiała, bo jeszcze „gorsza” choć gadać nie umie zawsze lizaka w sklepie ze mną te numeryOlga przypomniała, że mówienie prawdy dzieciom jest bardzo ważne:Moja 2-letnia Matylda została starszą siostrą, często w ciąży były rozmowy na temat tego skąd brat i ona wyszli. Mama pokazywała (to) podczas wspólnej kąpieli – edukacja seksualna to u nas normalna sprawa. Pewnego dnia u lekarza pani doktor zagaduje: o widzę ze masz małego braciszka, a skąd Ty go masz? Znalazłaś? Bocian Ci przyniósł? A Matylda staje okrakiem i mówi: nieee tędy wyszedł, z cipci, był w brzuchu i wyszedł. Jak widać nauka nie poszła na marne!Najprawdziwszy dinozaurMarta podzieliła się radością dziecięcej wyobraźni:W zeszłym roku spędzałam z rodzinką wakacje w Międzyzdrojach. Obowiązkowo trzeba było zwiedzić tamtejsze terrarium, gdyż nasz 2,5-letni wówczas synek nie widział nigdy gadów ani płazów. Na samym wejściu w olbrzymim terrarium ukazał nam się bodajże kameleon. Mojemu synkowi wyszły oczy z orbit i na cały głos krzyknął: Mama! Patrz jaki DINOZAUR!Halo? Jesteś tam?Justyna opowiedziała o miłości do nienarodzonego jeszcze rodzeństwa:Obecnie jestem w 29. tygodniu ciąży, córka bardzo się cieszy na rodzeństwo, a co za tym idzie próbuje zrozumieć jak ta nasza Zocha mieści się w brzuszku. Leżymy kiedyś razem, Mila podciągnęła mi podkoszulek, żeby widzieć brzuszek. Patrzy, patrzy i nagle puka do brzuszka z tekstem „ej Zośka słyszysz mnie? Rusz się trochę, żeby pokazać, że tam jesteś”!Sposób na teściowąAnna z radością opowiedziała nam o pomysłowości swojej córeczki:Moja córka swego czasu mówiła na ukochaną lalkę „Ałała”. Tak jej się wymyśliło, była mistrzynią w słowotwórstwie, ale raczyła tylko mnie tymi perełkami, bo przy innych się wstydziła odzywać. Któregoś razu musiałam wyjść na spotkanie w godzinach, w których mała kładła się spać. Teściowa odważnie postanowiła z nią zostać, a nawet ja położyć godzinie wracam, dziecko w łóżku w stanie już histerycznym, teściowa załamana, mówi że już miała dzwonić, bo ona od godziny płacze, że ja coś panika zaczęła popadać również mnie, pytam: „Jak to? Coś się stało?!”. A teściowa na to „Bo ona woła i woła cały czas „ałała” i „ałała”…Myślałam, że się przekręcę ze śmiechu, bo mała po prostu wyrzuciła lalkę z łóżeczka i o nią prosiła!Pierwsze słowoAngela uświadomiła nas, że pierwsze słowo to nie zawsze „Mama”:Jakieś 10h po urodzeniu się mojej córki. Jesteśmy w szpitalu na sali. Przyszedł mój mąż nas odwiedzić, zaczął zaczepiać małą delikatnie ją gilgając. Asia się zmarszczyła i powiedziała „nie”… Oniemieliśmy w tym momencie!Ach ta szczerośćDaria podzieliła się niesamowitym poczuciem humoru i szczerości swojej córeczki:Byłam ostatnio u koleżanki która ma dziecko w wieku 4 miesięcy. Ja obecnie jestem w 5 miesiącu ciąży i byłam z moja młodszą córką. Koleżanka poprosiła mnie abym przebrała małego. Ja na to jej odpowiedziałam, że nie bo się boję, a moja córka na to: co z ciebie za matka, że nie umiesz dziecka przebrać! Aż mnie zatkało. Chwila ciszy i nagle atak śmiechu!Prawdziwy dżentelmenIzabela opowiedziała o poruszającej akceptacji:Kapałam moją córeczkę, była wtedy noworodkiem. Mój bratanek (3,5 roku wtedy) zajrzał do wanienki i mówi do mojego syna: „To nic, że nie ma siusiaka, nie będziemy się z niej śmiać”!Fit OliwkaPaula potwierdziła szczerość dzieci:Oliwka 2-latka i 4 miesiące – bezpośrednia i szczera. Na moje pytanie: „Chcesz batonika?”, szczerze odpowiedziała: „Nie, bo będę gruba jak mama”. Tadam… Więcej nie pytam!I znowu szczerośćAgata również podkreśliła, jak szczere są dzieci:U mnie co prawda nie z dzieckiem, a z moją 6 letnia wtedy siostrą… Młodsza 9 lat. Miałam w bloku sympatię, chłopak często siedział na ławeczce z kolegami. Zostawiłam siostrę na dole i poszłam po coś do domu. Wychodzę z bloku, sympatią i koledzy w śmiech. Pytam się siostry co się stało, bo z koleżanką stała tuż nieopodal ławki. A ona na cały głos mówi: „Powiedziałam do Piotrka, że nie wyjdziesz dziś na dwór, a jak spytał czemu, to powiedziałam, że nie możesz, bo masz włosy na pip*e”. Pierwsza myśl, głębokie zastanowienie, co mają łonowe włosy do wyjścia z domu. Oczywiście cegła na twarzy i szybka ucieczka w drugą stronę. Ale żeby nie wyjść na panikarę musiałam zachować się spokojnie. Do dziś często to w żartach siostrze wypominam. Dzieci są szczere do bólu! Teraz mam 8-miesięczną córkę i ciekawi mnie czy będzie małym ananaskiem czy drogowaMajka postanowiła podzielić się spotkaniem, ze służbami mundurowymi:Córka (wtedy 3 lata) wybrała się ze mną na przejażdżkę autem. W pewnym momencie zatrzymała mnie policja do kontroli. Pan policjant przywitał się i przedstawił. No i kontrola trzeźwości. Daje mi ten alkotest do dmuchania, a że mam zawsze problem z tego typu badaniem, biorę głęboki wdech i dmucham. Córcia wtedy: „Mamo! Co ty robisz?”Na co odpowiada Pan policjant: „Mamusia dmucha w takie urządzenie, żeby sprawdzić czy mama piła”. W tym czasie musiałam powtórzyć badanie, bo pękałam ze śmiechu, a córcia nagle: „Przecież mama przed chwilą w domu piła”. A ja w szoku, chwila ciszy, a policjant z miną jak by chciał mnie już siłą z auta wyciągnąć, aż tu nagle córka kończy: „No mamo, kawę piłaś przecież!”.Oboje z policjatnem zaczęliśmy się śmiać. Nie zapomnę jak mi się wtedy ciśnienie podniosło, a śmiechu było się biorą dzieci?Sabina przekonała się o tym, że dzieciom trzeba mówić wyłącznie prawdę:Nasza 6-letnia córka będzie miała za miesiąc braciszka. No więc zaczęły się pytania skąd on się tam wziął. Za każdym razem, gdy odpowiadaliśmy, że krasnoludki mamie przyniosły – to ona, że to nie jest prawda! Na moje pytanie, a skąd wiesz, padło: „Babcia mi powiedziała, ża tatuś ci wsadził…” I jak tu wyjść do znajomych jak takie rzeczy się dzieją?! Za każdym razem, gdy ludzie się pytają córki co będzie miała, czy brata czy siostrę. Ona odpowiada: „Tata mamie wsadził mojego brata”.Pomocny nawigatorKatarzyna mogła się przekonać, jak małe dziecko jest dobrym nawigatorem:Syn ma 2,5 roku. Ostatnio parkowałam tyłem przed nowym żłobkiem i szło mi opornie, bo to klepisko nierówne i pochyłe było. Konrad widząc w swoim foteliku (tyłem do kierunku jazdy), że ciągle poprawiam wypalił: „W lewo, mamo!” Co gorsza miał całkowitą rację!Po raz kolejny szczerośćPatrycja opowiedziała poraz kolejny o prostocie i szerości dzieci:Jakis czas często piłam colę w puszcze. Pewnego dnia syn w sklepie krzyczy: „Mamo piwo jeszcze sobie kup”. Matka polka z maleństwem w wózku, a tu 4-latek krzyczy, że o piwie zapomniałam! PS. Co najlepsze nie pije w ogóle alkoholu, nawet piwa bez %.Kolejna historia. Ostatnio chodząc w majtkach po domu, mój średniak mówi do mnie: „Mamo ubierz spodnie, bo ci siusiak z pipki ucieknie”. I nie dał sobie przetłumaczyć, że nie mam siusiaka! Mówi też do mnie: „Mamo, Ty jesteś synkiem babci!”To tak z ostatnich nowości, bo z dzieci śmiesznych tekstów, można książkę napisać!Być jak mamaKinga przypomniała sobie historie z młodości:Co prawda nie z udziałem mojego dziecka, bo ono ma dopiero pół roczku, ale jak byłam mała… Miałam może z 6 lat, to gdy szłam z ciocią pod blokiem, to zaczepil nas jakiś chłopak, i mu odpowiedziałam: „Wal na ryj”. Ciocia w szoku, cała wystraszona, a okazało się, że to był znany mi kolega mojej o 11 lat starszej historia w podobnym wieku. Gdy byłam z rodzicami na wakacjach, i z tą samą ciocia z poprzedniej historii rozmawiałam na huśtawce i opowiadam jej: „A wiesz ciociu jak byliśmy ostatnio w lesie, to mama się tak upier*oliła jagodami”… Podchwycilam jak mama mówiła w momencie ubrudzenia się, a że dzieci chłodną wszystko jak gąbka, to i się wymsknęło!Dziękuję za wszystkie przesłane historie!red. Krzysztof Opeldus (Tata prezes) Dziękuję, że tu jesteś! Zależy mi na stworzeniu społeczności, która pomimo różnic będzie się nawzajem wspierać. Jeśli Ci się spodobało, to zapraszam do polubienia na Facebooku, obserwacji na Instagramie lub pozostawienia poniżej komentarza. Druga część przygód blogerów podróżniczych. Jakie śmieszne historie z wakacji mają dla ciebie tym razem? Czytaj dalej i nastaw się na kolejną serię ćwiczeń mięśni brzucha oraz… dreszczyk grozy. Zapraszam cię na drugą część serii o śmiesznych historiach opowiadanych przez blogerów podróżniczych. Uderzamy w koronawirusa humorem, bo czemu nie? W tym artykule usłyszysz o 13 zabawnych sytuacjach. Nie obędzie się też bez dreszczyku grozy. W programie policjanci, dzikie zwierzęta, magia selfie, a nawet śmieszne sytuacje na przejściach granicznych. Śmieszne z perspektywy czasu, bo naszym bohaterom w czasie rzeczywistym raczej do śmiechu nie było…. Karolina z bloga Women Of Poland Cześć! Jestem Karolina i razem z Darkiem prowadzę już od 3 lat bloga To świat, w którym opowiadamy o naszych podróżach nie szczędząc przy tym porządnej dawki wiedzy. Jestem absolwentką Stosunków Międzynarodowych na Uniwersytecie Jagiellońskim, a wspominam o tym, bo to właśnie na studniach narodziła się moja miłość do podróżowania. W 2014 roku pojechałam na swojego pierwszego Erasmusa do szwedzkiego Lund i tam właśnie poznałam Darka. Choć obydwoje darzymy Szwecję ogromnym sentymentem, to naszym konikiem są jednak Niemcy! Jesteśmy nawet autorami najnowszych Inspiratorów Podróżniczych Pascala o Niemczech i Berlinie. Kontakt: blog | fanpage| Instagram Nasza dwu i półtygodniowa podróż po Azji Południowo-wschodniej dobiegała już końca. Byliśmy właśnie w Kambodży i nadszedł długo oczekiwany przez nas dzień – zwiedzanie Angkor Wat. Już o 4:30 rano byliśmy umówieni z naszym tuk-tukarzem na odbiór z hotelu. To miał być długi dzień, bo jeszcze tego samego dnia mieliśmy lot o 22:00 do Bangkoku. Wschód słońca nad Angkor był niesamowitym przeżyciem, ale to nie o tym chciałam Wam opowiedzieć. Nasza śmieszna przygoda miałam miejsce popołudniu – w przedostatniej świątyni, którą mieliśmy dzisiaj zobaczyć. Preah Khan to całkiem spory i chaotyczny obiekt, który zwiedza się dość ciężko. Niektóre miejsca są bardzo podobne, a rozległy teren może utrudnić orientacje w terenie. Kiedy tak przemierzaliśmy świątynny korytarz, nie będąc pewni czy zmierzamy w dobrą stronę, podszedł do mnie khmerski policjant. Zaczął mi pokazywać jak powinnam robić zdjęcia, a że angielski znał słabo to jego wskazówki opierały się głównie na języku migowym. W końcu zabrał mi aparat i sam zaczął nam robić zdjęcia. Byłam w szoku bo nie spodziewałam się, że będzie umiał zrobić zdjęcia lustrzanką, a ku naszemu zdziwieniu – wychodziły mu naprawdę fajne foty! I tak policjant rozstawiał nas po różnych kątach, a sam skakał niczym gazela w poszukiwaniu najlepszych ujęć. Zziajany oddał mi w końcu aparat, a na koniec poprosił 2$. Niby w Kambodży nic nadzwyczajnego biorąc pod uwagę jak skorumpowana jest policja, ale nie spodziewałam się takiej sytuacji w świątyni. Pierwszy raz w życiu widziałam policjanta proszącego o 2$. A może był to tylko fotograf w stroju mundurowego dla niepoznaki? Nie takie rzeczy widzieli już turyści w tym kraju! 😊 Monika z bloga GeoZakręcona GeoZakręcona przez świat i życie 🙂Kocham podróże, bezkresne wędrówki po górach i zachody słońca nad morzem; poznawanie nowych kultur, ludzi i niecodziennych atrakcji….Prowadzę bloga poświęconego wszelkim podróżom, zarówno tym bliższym i dalekim. Odkrywaniu nowych miejsc i ciekawostek o mojej Warszawie, ciekawym miejscom w Polsce, Europie czy świecie; zdobywaniu górskich szczytów, a także ciekawym historiom i wszelkim wyjazdom związanych z zabawą geocaching. Teraz zaczęłam spełniać swoje największe marzenie, czyli podróż dookoła świata… Samotna wyprawa i podroż w nieznane Najpierw Katar, potem cudowny miesiąc w Indiach, w których zakochałam się do szaleństwa… a teraz Tajlandia… i zobaczymy co będzie dalej. Kontakt: blog | fanpage | Instagram W czasie mojego pobytu w Indiach, w których byłam miesiąc, bardzo często lokalni ludzie chcieli robić sobie ze mną zdjęcia… Za pierwszym razem było to dziwne, potem bardzo miłe, po kilkunastu zdjęciach w ciągu dnia nawet śmieszne… I dziewczyny i chłopcy i cale rodziny. Można przez chwilę było poczuć się jak celebryta w dalekim świecie. Blondynka, niebieskie oczy, jasna karnacja… byłam widoczna z kilometra. Tym bardziej, że chodziłam po wszystkich zakamarkach miast począwszy od New Delhi, Varanassi, Agrę czy Mumbai. Przy jednej z atrakcji w mieście Aurangaband – Bibi Ka Maqbara, zwanej małym Taj Mahalem, z racji ogromnego podobieństwa to najbardziej znanego mauzoleum na świecie, jak to już codziennie bywało, podchodzili do mnie ludzie by zrobić sobie zdjęcie. Najpierw jedna rodzina, potem druga z dziećmi, potem wycieczka cudownie ubranych starszych pań w sari z południa Indii. A później duża wycieczka szkolna dzieciaczków, na oko 30 osób. Oczywiście wspólne zdjęcie obowiązkowe, a później ich nauczyciel zapytał czy mogę zrobić zdjęcie z dziećmi. Myślę sobie nie ma problemu, dwa zdjęcia więcej z dziećmi, może to dzieci tego nauczyciela… jedno dziecko, drugie dziecko, trzecie… i ustawia się kolejka 30 dzieci by każde z osobna miało ze mną zdjęcie… W tym momencie załapałam o co chodzi, małe przerażenie w oczach, a mój przewodnik z boku tylko stał, czekał i nagle zaczął się śmiać, że będziemy tu do wieczora… Ja też zaczęłam się śmiać bo faktycznie zdjęciom nie byłoby końca… Podziękowałam grzecznie i udałam się na dalsze zwiedzanie. Teraz już wiem jak się czują wielcy celebryci, gdy każdy chce mieć z nimi zdjęcie 😉 Sylwia, Grzesiek i Igor z bloga Rodzina Nomadów Razem w podróży spędzają około pół roku… co roku. Sylwia z Grześkiem pracują zdalnie a ich syn Igor w tym czasie uczy się o wszystkim – jak sam mówi. Mieszkali m. in. w Tajlandii, Stanach, Gruzji i Azerbejdżanie. Autorzy bloga o podróżach z dzieckiem i zdalnej pracy, kanału YouTube i książki “Wyprawa 5 Mórz” o rodzinnej podróży przez Europę. Kontakt: blog | fanpage| Instagram| Youtube Noc w hotelu, który był jeszcze w budowie, samochód, który zepsuł się dziesiątki kilometrów od cywilizacji i prawdziwa supra z raków wyłowionych z jeziora u podnóża wulkanu – to nasza przygoda z Kartlii w Gruzji. Zaczęło się od przebitego koła. Było to w małej, ormiańskiej wiosce położonej w krainie Kartlia nad jeziorem otoczonym wulkanami. Wioska składa się z kilku domów i sklepu. Żeby do niej dojechać trzeba pokonać kilkadziesiąt kilometrów po kamienistej drodze i przejść kontrolę graniczną mimo, że nie przekracza się żadnej granicy. W tej dolinie to jedyna wioska, nie licząc koczowniczych osad. Więc awaria w takim miejscu specjalnie nam się nie uśmiechała. Ale nawet nie zdążyło zejść powietrze kiedy koło było już naprawione. Pomogli nam mieszkańcy. Podobał im się bardzo nasz wypożyczony samochód. Kiedy naprawialiśmy go razem zadawali dużo pytań i oglądali z każdej strony. Grzesiek pochwalił ładę jednego z nich. Tamten na to: -Mój to stary grat, nie ma o czym gadać. -Jak stary no to ile ma? -20 lat. -20? To młoda maszyna! Ja Ci pokaże stary samochód. Pokaże Ci jaki samochód mamy w Polsce w domu I Grzesiek pokazał zdjęcie naszego 40 letniego Mercedesa i tym kupił szacunek miejscowych. Kiedy chcieliśmy się odwdzięczyć za pomoc zapraszając choćby na piwo zareagowali stanowczą odmową. -Pieniądze raz są, raz ich nie ma, a dobrym człowiekiem albo się jest albo nie. Zostaliśmy jeszcze ugoszczeni na herbatę i obiad. W międzyczasie zaczęło robić nie późno ale nie przejmowaliśmy się, bo w sklepie powiedzieli, że po drugiej stronie jeziora jest hotel. Ale kiedy tam pojechaliśmy okazało się że hotel jest… w budowie. Jest niewykończony, nie ma wyposażenia, wszędzie leżą materiały do budowy. No i nie było tu nikogo. Mogłabym jeszcze długo opowiadać o serii dziwnych zdarzeń, ale powiem tylko, że odnaleźliśmy właściciela, który powiedział nam: -To jeszcze nie jest hotel, teraz to dom dla przyjaciół. Jeśli chcecie zostańcie na noc. Więc spaliśmy w tym hotelu, piliśmy domowe wino, jedliśmy świeże ryby z tego jeziora i rozmawialiśmy z gospodarzami przez pół nocy. Maria z bloga Where is MINT? Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego prawniczka; podróżuje od osiemnastego roku życia, a od kilku lat z dziećmi. Miłośniczka wypraw w nieznane, Laponii i kontaktu z naturą. Teraz także blogerka. Kontakt: blog | fanpage| Instagram W lutym tego roku wybrałam się z moimi dziećmi – Iwem lat 8 i Niną lat 5 – na samodzielny objazd parków narodowych Tanzanii czyli na tzw. self-drive safari. Mieliśmy wypożyczone auto 4×4 z namiotem na dachu, gdyż zakładaliśmy częściowy nocleg w parkach narodowych, właśnie w namiocie. Była wtedy pora deszczowa (choć nie w okresie intensywnych opadów), wszędzie była bujna zieleń i z 40 stopni upału. Jednym z naszych celów był Park Ngorongoro (jego centralną częścią jest krater), gdy w trakcie podróży została nam jakaś godzina do zmierzchu i jakieś dobre pół godziny do campingu. To jest o tyle istotne, że nie podróżuje się w parkach po ciemku, zaś campingi są nieogrodzone więc też po zmierzchu się nie rozbija namiotu. Na szczęście udało nam się dojechać jeszcze za dnia i rozbić obozowisko niedaleko wielkiego drzewa. Wokół mieliśmy lekko osłonięty drzewami widok na równinę będąca niecką krateru a wokół cudną polanę wśród zachodzącego słońca, całą porośniętą piękna trawą. Wybrałam urocze miejsce na nocleg! O zmierzchu zapakowałam dzieciaki do namiotu na samochodzie i patrzyliśmy na nadchodzącą noc. A chwilę później nasze auto otoczyły bawoły afrykańskie. Choć przez całą drogę z powodu obfitej roślinności, zastanawiałam się jak my tutaj wypatrzymy zwierzęta, bo drogę do krateru przebiegła nam tylko jedna hiena, a jedna leżała martwa na drodze, to wieczorem, zostaliśmy otoczeni przez jakieś 20 bawołów afrykańskich, smacznie wciągających trawę. Myślę, że wciąganie to właściwa nazwa. Trawa była mokra i tylko było słychać głośny szmer wyciągania jej z ziemi i wciągania przez mordę na język. Skubane wyrywały ją pod naszym autem, a my struchlali z przerażenia i zafascynowani spektaklem, który rozgrywał się na naszych oczach, nie mogliśmy oderwać oczu od dziurek w namiocie, przez które podglądaliśmy te niebezpieczne zwierzęta dosłownie dwa metry od nas! Zresztą z Afryki mamy też inne zabawne (po czasie) wspomnienie. Mianowicie, było to naszym polskim latem, jak wybraliśmy się na self-drive safari do Namibii. Na północy kraju znajduje się rzeka Kunene, które jest naturalną granicą miedzy Namibią a Angolą. Na tej rzece był organizowany rafting. Podróżowałam wtedy z moimi rodzicami, którzy zafundowali sobie taka wycieczkę na 70-te urodziny oraz jak zawsze z dziećmi. Nina miała niecałe 4 lata a Iwo 7. Przed raftingiem jeszcze tysiąc razy sprawdzałam, czy rzeka jest spokojna a progi niewysokie,upewniłam się że nikt nigdy podczas tego raftingu nie zaliczył wpadki do wody (w tej rzece są krokodyle!). Progi rzeczne miały może metr szerokości, a spadek był pod kątem maksymalnie 15 stopni. Przewodnik zapakował nas do gumowego pontonu i popłynęliśmy. Tyle, że w trakcie przechodzenia przez kolejny prawie płaski próg, coś poszło nie tak i moja mama wpadła do rzeki! Rzeki Kunene, w której dopiero co podziwialiśmy wylegujące się na piaszczystym brzegu krokodyle, których wyłupiaste oczy widoczne były znad co piątego kamienia w rzece. Mama miała jednak szczęście, bo żaden nie zareagował, może sprawił to wartki nurt rzeki w tym miejscu (krokodyle nie lubią hałasu), może to, że była pora zimowa więc były nieco bardziej leniwe, a może po prostu były najedzone. Tego się już nie dowiemy. Akcja ratunkowa w postaci koła rzuconego mamie była szybka i zakończyła się sukcesem. Za to wieczorne opowieści w lodgy przy ognisku, na podsumowanie całego dnia, nigdy później nie były tak emocjonujące i nie trwały do bladego świtu… Ewelina z bloga W Poszukiwaniu Końca Świata Autorka bloga podróżniczego W poszukiwaniu końca świata. Zanim wyjechała do Turcji na studencką wymianę nie spodziewała się, że będzie studiować ekonomię w Grecji, sprzedawać lody w Stanach Zjednoczonych, studia skończy w czeskiej Pradze i zostanie księgową na Węgrzech. Większość przygód i perypetii opisała w książce Opowieści z końca świata. Kontakt: blog | fanpage | Instagram | Podcast Kiedy studiowałam w Mersin praktycznie wszyscy moi znajomi byli praktykującymi muzułmanami. Starałam się dowiedzieć czegoś więcej o ich religii i przyzwyczajeniach, ale na pytania o to czego Bóg im zakazuje, otrzymywałam różne odpowiedzi: jedni nie mogli palić papierosów, inni znów palili. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby według palących to po prostu nie był żaden grzech. Tego typu sytuacje powtarzały się dość często, aż w końcu Koran stał się dla mnie synonimem poezji: każdy może zinterpretować go na swoją korzyść. To w Turcji dowiedziałam się, że każdy z nas, niezależnie od pochodzenia próbuje na swój sposób i swoją korzyść interpretować obowiązujące przepisy. Czy to „przepisy religijne” czy ustawa o podatku- to nie ma znaczenia. Kaśka, Rysiek i Hania z bloga Z Ryśkami Przez Świat Początkujący Rodzice, początkujący blogerzy, ale włóczykije od zawsze. Nie wierzymy w zespół niespokojnych nóg, ale jak za długo siedzimy w miejscu, to nas zaraz stopy swędzą. Planujemy wtedy krótsze, a najchętniej dłuższe wyprawy:) Więcej o naszych podróżach na Na co dzień spotkacie nas zaś na FB i IG. Kontakt: blog | fanpage | Instagram We wrześniu 2018 roku wyruszyliśmy w 100 dniową podróż po USA z 8-miesięczną Hanią. Kupione na miejscu 7-osobowe auto służyło nam za dom i środek lokomocji. I tak, w grudniu dotarliśmy drogą 66 z LA do Chicago. Wcześniej pokonaliśmy Pacific Coast Highway i odwiedziliśmy 12 Parków Narodowych. W sumie za nami było w 13 różnych stanach. Na naszej liście marzeń była jeszcze Niagara. Jednak zimowa aura oraz wizja zabawiania niemowlaka w aucie przez ekstra 1800 km skutecznie mnie zniechęcała. Przecież to nie jedyne marzenie, którego zrealizować się nie udało, nie ostatni nasz raz w Stanach, może będzie kiedyś lepsza pogoda, więcej czasu itp… Argumenty przeciw temu szaleństwu mnożyły się same;) Na szczęście ogromnym plusem podróżowania w parze jest to, iż kiedy Tobie brak już motywacji (albo kiedy masz jej w nadmiarze, a pomysł niezbyt rozsądny) zawsze jest ta druga osoba:) I tak Mój Mąż – zwykle głos rozsądku, studzący moje rozmaite zapędy – nie odpuścił. Dzięki jego zachęcie i wielu nocnym godzinom za kierownicą stanęliśmy na koniec u stóp Niagary! Co więcej, na miejscu okazało się, że wodospady bardzo łatwo można zobaczyć także od strony Kanady (bo Polacy nie potrzebują wizy), a skoro dotarliśmy już tu… – Czy na pewno nie będzie problemu, żeby przejechać przez graniczny most, zobaczyć wodospady i za godzinkę wrócić? – dopytywaliśmy opuszczając gościnną Amerykę.– A czy to nie problem takim zapakowanym autem? – dopytujemy dalej, bo stan naszego “domu” po tych trzech miesiącach był mało strażnik graniczny zapewniała nas jednak, iż takie wycieczki jak nasza są tu na porządku dziennym. Dwa razy powtarzać nam nie trzeba i już po kilku minutach spacerujemy sobie w Kanadzie. Widok zapiera dech! Ludzi niewiele, zmierzch, dekoracje świąteczne i podświetlane wodospady Niagara. Zdecydowanie było warto! – Ile Państwo byliście w Kanadzie? A kiedy Państwo ostatni raz byli w Stanach? Dlaczego w Waszych paszportach jest tylko pieczątka wjazdowa z września? A czyje to auto? – zasypuje nas pytaniami amerykański strażnik graniczny, kiedy próbujemy wjechać z powrotem do USA. – I twierdzicie Państwo, iż jesteście w Stanach na wakacjach? trzy miesiące? kupiliście na wakacje auto? I nie pracujecie przez ten czas tylko utrzymujecie się z…? Przyznam się, że im bardziej słuchałam jego parafrazy naszych wypowiedzi, to rzeczywiście wygląda to podejrzanie… – Macie bilet powrotny? – pyta wreszcie zniecierpliwiony urzędnik, a my oddychamy z ulgą, bo mamy, na za 5 dni, z Nowego Jorku:) Mina jednak rzednie nam szybko, bo na granicy zasięgu nie ma, a nasz bilet na mailu. Tego jednak już urzędnikowi za wiele. Zatrzymuje nasze paszporty, każe zjechać na pobocze, wysiąść z auta (czytaj obudzić maluszka, wyjąć z fotelika i ubrać) i stawić się w biurze na drugim piętrze… Ja oczywiście snuję już wizję, jak to będziemy błagać za chwilę o wjazd do Kanady i próbować zamawiać stamtąd lot w ostatniej chwili na święta… I co my wtedy zrobimy z samochodem, który zamierzaliśmy jeszcze sprzedać w Chicago… Zawezwani do okienka powtarzamy naszą historię, a właściwie Rysiek powtarza, bo ja lulam nerwowo Hanię i staram się uśmiechać wyglądając jak przykładny obywatel i matka roku, a nie oszołom, który mieszkał z dzieckiem w aucie ostanie 3 miesiące, a teraz próbuje nielegalnie dostać się do kraju mlekiem i miodem płynącego. Urzędnik wydaje się być naprawdę zainteresowany naszą historią, a już zupełnie ekscytuje się, kiedy zauważa w Ryśka paszporcie stemple z naszej poprzedniej wyprawy po Ameryce Południowej. Panowie przechodzą płynnie na hiszpański, wymieniając uwagi, co do ciekawych miejsc w Ameryce Południowej, by rozwijać później wątek hiszpańskojęzycznych turystów w Polsce – dzięki pracy z nimi Rysiek nadal płynnie mówi po hiszpańsku. Hania się już niecierpliwi, ja się zastanawiam, czy nas jednak gościnnie do Meksyku nie odeślą, gdy w końcu pada pytanie o bilet powrotny. Pan w okienku z radością udostępnia nam internet, rzuca okiem na dane i z uśmiechem wręcza kartkę z pieczątką, uprawniającą nas do odebrania paszportów piętro niżej i kontynuowania podróży. Uff, w życiu się tak nie cieszyłam z przyjazdu na amerykańską ziemię! I nic mi tak nie utkwiło w pamięci – ani pechowy początek tej podroży, ani spotkania z niedźwiedziami, ani szaleństwo loterii i demoniczne San Francisco. Ale jeśli chcecie – poczytacie o tych wszystkich przygodach na naszym FB. Olga z bloga Olgusta Żyję od podróży do podróży. Wymarzona podróż to ta, w której choć przez chwilę można zasmakować lokalnego życia, poznać i zobaczyć, jak żyją inni. Jak nie podróżuję, to pracuję w agencji reklamowej jako ekspert od influencer marketingu. Kontakt: blog | fanpage| Instagram Zawsze tak jest, że historie mrożące krew w żyłach stają się potem najciekawszą opowieścią, anegdotą, którą opowiadasz na towarzyskich spotkaniach i wspomnieniem z podróży, które czegoś Cię nauczyło. Nie inaczej jest w przypadku tej sytuacji, w której zdaniem władz Singapuru… złamałam prawo ich kraju, zataiłam kluczową informację, wobec czego otrzymałam upomnienie i małą karę. Granicę malezyjsko-singapurską przekraczaliśmy na własną rękę. O ile na granicy malezyjskiej musieliśmy jedynie przejść przez punkt imigracyjny bez dużego bagażu (ten został w autobusie), o tyle w Singapurze kierowcy – Hindusi nakazali nam zabrać plecaki, tłumacząc, że kontrola tu będzie wyglądać zgoła inaczej, trochę jak na lotnisku. I to prawda. Wypełnianie specjalnych broszur i formularzy z naszymi danymi, miejscem pobytu, deklaracją ilości dni w podróży na terenie Singapuru, pobieranie odcisków palców. Poza tym, nasze bagaże musiały wjechać na specjalnej taśmie i były gruntownie sprawdzane jak na standardowej kontroli lotniskowej. W momencie, w którym mój plecak wyjeżdżał z taśmy, podeszło do mnie dwóch reprezentantów singapurskiej służby celnej – kobieta i mężczyzna – z pytaniem, czy przewożę papierosy. Znając panujące tu zasady i czując się przygotowaną w temacie, odpowiedziałam pozytywnie na ich pytanie i zaprezentowałam im moją… paczkę (PALENIE NIE JEST COOL, I KNOW!). No właśnie. Tak wtedy myślałam, że zaprezentuję im moją jedną, jedyną paczkę papierosów. Co się jednak okazało… w plecaku miałam dwie paczki papierosów, uwaga, teraz najlepsze, w jednej znajdował się 1 papieros (słownie: jedna sztuka papierosa), a druga (właśnie ta, którą sobie chciałam zabrać do Singapuru na ostatnie trzy dni moich wakacji) była pełna… ale na moje nieszczęście… nieodpakowana. Zamknięta. Zafoliowana. Gdybyście tylko widzieli ich miny! 😉 Natychmiast zarekwirowano mi paszport i zamkniętą paczkę papierosów, mimo że usilnie próbowałam tłumaczyć, że znam panujące tu zasady i to moja głupia nieuwaga, ponieważ to jedyna paczka, jaką posiadam i wiem, że mogę mieć tylko jedną otwartą i takie też było jej przeznaczenie, a tamtą, he, he, z tym jednym papierosem mogę od razu wyrzucić. Nikt mnie słuchać nie chciał, zaprowadzono mnie natomiast do specjalnego pokoiku, w którym siedzieli inni “przestępcy”. Ci chociaż wyglądali niczym bliscy towarzysze kolumbijskich karteli, a ja siadłam sobie obok nich, gdzie mnie usadowiono. To były jedne z najdłuższych moich 25 minut w życiu, ponieważ obserwowałam uważnie, co się dzieje i byłam z jednej strony w szoku, że ta nieszczęsna paczka trujących papierosów każe mi tu siedzieć i tracić czas, z drugiej czułam przerażenie, rozglądając się i czytając napisy na ściennych plakatach, które brzmiały mniej więcej tak: “NIE OKŁAMUJ! ZAKAZ! SINGAPUR MA SWOJE PRAWA! KARA! GRZYWNA!” i co mniej więcej drugie mrugnięcie mojego oka z napisów na ścianach wybijały się duże cyfry – 100 SGD, 500 SGD, 10 000 SGD – kary pieniężne w sensie za nielegalne wwozy alkoholu, papierosów i innych zabronionych towarów 🙂 Jak się skończyła ta historia? Fail numer 1: Opłacony podatek a’la VAT na miejscu (ok. 40 złotych), pouczenie od władz Singapuru, umieszczenie mnie na liście/bazie osób z pouczeniem (następnym razem nie będzie już pouczenia, tylko kara ;-). Fail numer 2: Kierowcy Hindusi zniknęli i zostawili nas na granicy (byliśmy ich ostatnimi pasażerami), a konsultant pod numerem kontaktowym przewoźnika nie umiał nam pomóc. Musieliśmy szukać kolejnych form transportu. Ten wieczór trwał i testował moje emocje w najlepsze:-) Jeśli jesteście ciekawi, co działo się w tajemniczym pokoju z “przestępcami” i co powiedziała mi Pani z Służby Celnej, przyznając pouczenie, zapraszam tu: Cło na papierosy w Singapurze Arleta z bloga Od 2014 roku pracuję zdalnie, podróżując i zmieniając co jakiś czas miejsce zamieszkania. Pomagam innym zwiedzać świat, pisząc przewodniki na blogu, oraz dzieląc się wiedzą o zdalnej pracy online. Aby nie przyrosnąć do komputera biegam, maluję obrazy inspirowane podróżami, wypijam litry herbaty niezależnie od pory roku, zachwycam dobrym designem i sztuką. Kontakt: blog | fanpage| Instagram Być może kojarzysz serial Fauda. Jeśli tak, to idealnie! Klimat serialu bardzo realnie oddaje atmosferę i otoczenie, w którym się znaleźliśmy podczas naszego 3 miesięcznego pobytu w Izraelu. Podróżowaliśmy właśnie nad Morze Martwe, a ponieważ trasa po stronie Izraelskiej była zablokowana przed wjazdem do Jerozolimy (jak się później okazało z powodu ataku), a najkrótsza dostępna droga przebiegała w większości przez Palestynę, to bez większej możliwości wyboru, zjechaliśmy z głównej trasy, aby kontynuować podróż “za murem”. Trasa zmieniała się z każdym kilometrem na coraz bardziej pustynną, a betonowe bloki schronowe przy trasie przypominały nam w jakim miejscu jesteśmy. Na trasie nie minęliśmy jednak niemal ani jednego samochodu. Do czasu. Nasza czujność została kompletnie uśpiona. Zachwycaliśmy się górami z piasku, totalnym pustkowiem, od czasu do czasu przerywanym wypasem kóz i “beduińskimi” klimatami. Brakowało nam tylko… stada dzikich wielbłądów! Chwilę po minięciu owego stada, zaproponowałam mężowi “hej, kiedy miałeś okazję zobaczyć stado wielbłądów?! Zatrzymaj się, zrobimy chociaż zdjęcie!”. Przejechaliśmy jeszcze kilkadziesiąt metrów, aby zawrócić i zrobić zdjęcie. Totalnie nie wiem jak i skąd, powiedziałabym że spod ziemi, w jednej chwili na trasie pojawił się samochód policyjny, z tym że nie wiedzieliśmy czy będzie to policja nam przychylna, a nasz samochód nie był z wypożyczalni, także nikt nie traktował nas jak turystów, ale jak lokalsów. Totalnie nas zmroziło, i tu wrócę do serialu Fauda. Ten moment, w którym nie wiesz jak się zachować, kto jest w policyjnym wozie i co zamierza, zwłaszcza po tej stronie muru, do tego biorą Cię za lokalsa a nie turystę. Mieliśmy milion myśli w głowie, a to spowodowało nasze niezbyt racjonalne zachowanie. Zawróciliśmy zgodnie z planem, ale jadąc jakieś 30 km/h na pustej trasie! Niestety nas nie wyprzedzili, więc mąż przyspieszył, i tak kilka razy. To nie był dobry plan. Zatrzymano nas rzecz jasna. Z lewej strony samochodu podszedł funkcjonariusz z bronią (to tutaj normalne). Drugi wysiadł z samochodu i obserwowałam go w bocznym lusterku, jak w pełnej gotowości z bronią w ręce asekuruje kolegę, kilka metrów za mną. Emocje sięgnęły zenitu, totalnie nie wiedzieliśmy jak wytłumaczyć się z naszej podejrzanej jazdy i zawracania przed policyjnym samochodem. Widok funkcjonariuszy w pełnej gotowości wcale nie pomagał. Po kilku pytaniach sprawdzających tożsamość, oraz weryfikację trasy samochodu, padło magiczne pytanie “co tutaj robicie, dlaczego zawracaliście, dlatego zwalnialiście…?” W całym tym zamieszaniu czuliśmy się jak bohaterowie filmów, z których się zwykle śmiejemy, ale w podobnej sytuacji robimy identyczne ruchy. Przyszedł czas na odpowiedź. Najbardziej szczerą “chcieliśmy zobaczyć wielbłądy, zrobić im zdjęcie, nigdy nie widzieliśmy stada wielbłądów…”. Policjant westchnął, mruknął pod nosem “turyści” i odszedł. Razem z asekurującym go policjantem wsiedli do samochodu i odjechali, zostawiając nas na tym pustkowiu, bez słowa więcej. Chwilę jeszcze posiedzieliśmy, aby upewnić się, że możemy odjechać, ale też do opadnięcia emocji. Dla nas była to scena z filmu akcji, a dla policji okazała się stratą czasu na turystów, którzy chcieli fotografować wielbłądy. A teraz finał, ze stresu i natłoku zdarzeń zapomnieliśmy o zdjęciu! Pojechaliśmy bez zatrzymywania, aż do ponownego minięcia granicy terytorium Palestyny. Uf! Ola z bloga Historian’s Journeys Z wykształcenia historyk, od 2018 r. doktor i wykładowca na jednej z polskich uczelni. Podróże to część jej życia zarówno zawodowego, jak i prywatnego przynajmniej już od kilku długich lat. Od 2019 r. prowadzi swojego autorskiego bloga. Szczególnie fascynują ją Niemcy, sporo czasu spędziła także u naszych wschodnich sąsiadów. Uważa, że aby czerpać więcej z każdej podróży trzeba wiedzieć „co nieco” o tym co oglądamy – wtedy doświadczamy naprawdę. Kontakt: blog | fanpage| Instagram 2019 rok był niezwykły pod kątem podróży i ich częstotliwości. W sierpniu wyjechałam do Londynu, a wyjazd był miły i bezproblemowy. Ciekawie zaczęło robić się w czasie powrotu. Zaraz po przybyciu na lotnisko, popędziłam oddać walizkę do luku bagażowego. Pan, który mnie obsługiwał, był jednak jakiś dziwny. W końcu po dłuższej walce udało mu się przyczepić odprawę do bagażu. Kiedy oczekiwałam na samolot do Warszawy, okazało się, że nie ma żadnej informacji na temat przylotu, wiadomo było jedynie, że wylot się opóźnia. Stałam, więc jak wryta przed ekranikiem, licząc na to, że coś się w końcu pojawi. Stałam, więc tak mniej więcej dwie godziny, aż w końcu pojawiły się jakieś informacje i pobiegłam do odpowiedniego wyjścia. Po kolejnej godzinie w końcu siedziałam już w samolocie, w Warszawie wylądował jednak zbyt późno i nie zdążyłam na lot do Wrocławia. W związku z tym w naszej stolicy spędziłam noc w hotelu, a we Wrocławiu wylądowałam o 9 rano następnego dnia. Warto bynajmniej wspomnieć, że całą tą podróż spędził ze mną mały kwiatek, którego nazwałam Kew – zakupiłam go w Kew Gardens. Całą drogę odważnie spędził w małym pudełeczku po jogurcie, które ja trzymałam w ręce… Kiedy wychodziłam z lotniska, okazało się, jednak, że nie ma mojego bagażu. Zgłosiłam sprawę w odpowiednim miejscu. W kółko potwierdzano mi, że moja walizka z pewnością jest w Warszawie, gdzie musiała zostać z powodu zamieszania związanego z opóźnionym samolotem. Miała zostać dostarczona w przeciągu maksymalnie 2 dni, co było dla mnie bardzo ważne, ponieważ jechałam wtedy od razu do Padwy na wakacje! Walizka jednak nie pojawiła się. We Włoszech kilka razy dziennie kontaktowałam się telefonicznie z moja UKOCHANĄ linią lotniczą i nikt nie potrafił mi nic powiedzieć. Kiedy frustracja osiągnęła swój zenit, po setkach telefonów miły Pan z Warszaw odnalazł w końcu moją walizkę – leżała cały czas w Londynie, a Pan, o którym pisałam wcześniej źle przymocował moją odprawę i urwała się. Wszystko trwało jakieś 8 dni. Ostatecznie odebrałam bagaż w PULI W CHORWACJI. Ale uwaga, to nie koniec! Kilka dni po powrocie z wakacji poleciałam do Wilna na kwerendę archiwalną z pracy. Wylądowałam na lotnisku, oczywiście opóźnionym samolotem, idę po walizkę – a jej nie ma! Zgłosiłam wszystko w biurze. Sama nie mogłam w to uwierzyć. Dzięki Bogu, tym razem walizka odnalazła się szybciej i następnego dnia późnym popołudniem była w moim hotelu. Do dziś, wspominając ten czarny ciąg wydarzeń, nie wiem czy się śmiać, czy płakać, miesza się we mnie złość, frustracja, a z drugiej strony śmieje się pod nosem. Nikomu z pewnością jednak nie życzę takich przygód! Magdalena z bloga Okiem Maleny Z zamiłowania zwiedzacz, a zawodowo kroatystka, menadżer, PRowiec, asesor Breeam. Kolejność dowolna. Współautorka przewodnika po Mjanmie wydawnictwa Pascal. Podróżuje – pisze – planuje. W międzyczasie pracuje w firmie architektonicznej. A może na odwrót. Jedno jest pewne – jej pasją są podróże oraz inspirowanie ludzi do odkrywania świata. Najczęściej podróżuje solo. Odwiedziła ponad 30 państw. W drodze zawsze towarzyszy jej notes i aparat. Promuje odpowiedzialną turystykę i nie lubi przekłamywania rzeczywistości. Kontakt: blog | fanpage | Instagram Julia Roberts i Cap kaki tiga. Chciałabym Ci opowiedzieć o końcówce mojej zeszłorocznej podróży po Indonezji. Ostatnie kilka dni to miał być rajski, niczym nie zmącony wypoczynek na Bali. Jednak jak to w życiu bywa gdy coś ma być niczym nie zmącone to zmącone jest od samego początku. Zacznijmy od przyjazdu na Bali kiedy to po całym dniu drogi z Jawy (i po nocnym trekkingu na wulkan) okazało się, że z Denpasaru nie znajdę autobusu do Candidasy. Na stacji autobusowej wszyscy kierowcy chcieli mnie orżnąć jak miło. Szczęśliwie uratowała mnie aplikacja Grab. Zapłaciłam co prawa tyle co proponowali na stacji, ale zamiast obskurnym bemo, których już miałam dosyć, jechałam wygodnym samochodem z miłym kierowcą. Gdy podjechaliśmy pod mój hotel wyglądał na lekko wymarły. Znasz Marigold Hotel? Nie? To koniecznie obejrzyj. Połowa hotelu była wyłączona z użytku, bo groziła zawaleniem, pokój już ledwo pamiętał czasy dawnej świetności. Ale wiesz co? Nie zamieniłabym go na żaden inny. Był położony nad samym brzegiem, a obsługa była najcudowniejsza na świecie. I co ważne – w hotelu oprócz mnie praktycznie nie było gości. Myślisz, że to koniec przygód? A gdzież tam. Następnego dnia obudziłam się z cudownym bólem gardła i gorączką. W majakach gorączkowych wymyśliłam, że dziś się podkuruję, a następnego dnia niczym Julia Roberts z Jedz, módl się i kochaj będę przemierzała Bali na rowerze. Moi przyjaciele z hotelu patrzyli na mnie z lekkim przerażaniem, ale ja zawzięcie im tłumaczyłam, że jeżdżę rowerem do pracy i kocham rower, i chcę na rower. No i pojechałam. Po pierwszej górce zrozumiałam, że to był głupi pomysł i na pewno Juli Roberts to ja teraz nie przypominam. Góry były takie, że z trudem się na nie wdrapywałam z rowerem. Treking górski z rowerem na plecach. Słońce paliło, czułam się nadal chora i co chwilę gramoliłam się z rowerem pod kolejną górę. I tak przebyłam około 30 km. Przyjechałam zrezygnowana, poczłapałam na masaż, który miał mi poprawić humor. Po drodze spotkałam sprzedawcę wycieczek, który z uporem maniaka chciał mi sprzedać wycieczkę. Zaczęłam z żalem mu tłumaczyć, że nawet gdybym chciała kupić wycieczkę i lubiła wycieczki to jestem chora, boli mnie gardło, miałam spędzić wakacje w raju, a jest coraz bardziej do dupy. Popatrzył na mnie i wyrecytował: Cap kaki tiga. Patrzyłam na niego badawczo, a on dalej: Cap kaki tiga – tam w sklepie. Idź, kup i pij. Wyzdrowiejesz. Było mi na prawdę wszystko jedno, więc poszłam do sklepu kupiłam Cap kaki tigę, która okazała się znanym w dużej części Azji medykamentem z tradycyjnej chińskiej medycyny – włókno gipsowe, woda dejonizowana oraz kalcyt. Wypiłam grzecznie pół butelki i poszłam spać. I wiesz co? Rano obudziłam się zdrowa. Łyknęłam resztę Cap kaki tigi i pognałam na moją pierwszą w życiu skuterową wyprawę. Z rozpędu wjechałam sama na górę, aż do świątyni Lempuyang. Gdy wróciłam i mój przyjeciel Cap kaki tiga zapytał gdzie byłam, to tym razem on miał oczy jak pięciozłotówki, gdy usłyszał, że sama, jadąc pierwszy raz skuterem wjechałam tam gdzie jechałam. Byłam zdrowa, skuter dawał mi wolność i miałam jeszcze ostatnie dwa dni na Bali. Sabina i Łukasz z bloga Dwie Połówki Globu …czyli humanistka i inżynier we wspólnej podróży po Ameryce. Od siedmiu lat mieszkamy w kanadyjskiej prowincji Ontario i z tej wspaniałej bazy wypadowej organizujemy dłuższe i krótsze wyprawy samochodowe po Stanach i Kanadzie. Od Atlantyku aż po Pacyfik i z powrotem. W 2017 roku udało nam się spełnić jedno z naszych największych podróżniczych marzeń – przejechać Stany Zjednoczone legendarną trasą 66 z Chicago do Los Angeles. Kontakt: blog | fanpage | Instagram Batmobile w Dolinie Śmierci Byliśmy kiedyś w Dolinie Śmierci w USA. Gorąco było tak, że czuliśmy się jak indyki w piekarniku, ale za to z silnym termoobiegiem. Na odsłoniętych przestrzeniach wiało przeokrutnie. Jedna ręka stale zajęta była utrzymaniem nakrycia głowy na swoim miejscu. Ale to to jeszcze nic. W drodze powrotnej ze szlaku Łukasz przyspieszył kroku, bo już się nie mógł doczekać kiedy wreszcie włączy klimatyzację. I widzę jak podchodzi z ulgą do samochodu, łapie za klamkę, a po chwili drzwi niesione turbo silnym podmuchem wiatru wykonują wyrafinowanego pirueta, próbując się chyba przeobrazić w metalowe skrzydło. Prawie jak batmobile, tylko że pomarańczowy. Łukasz szybko wsiadł do środka i zamknął drzwi. Boziu jak ja się cieszyłam, że tym razem to nie mi się coś takiego przytrafiło. Z perspektywą rychłego rozwodu nie byłoby mi tak do śmiechu. Na następnym przystanku okazało się, że się że drzwi się mocno obraziły i nie zamierzały się już więcej otwierać (ani z wewnątrz, ani z zewnątrz, ani w żaden inny sposób). Toteż do końca dnia korzystaliśmy tylko z moich, czyli pasażerskich. Wieczorem dojechaliśmy do zarezerwowanego hotelu w Las Vegas, a widząc jak zbliża się do nas obsługa valet parkingu, czym prędzej namierzyliśmy wjazd do parkingu samoobsługowego. Niespecjalnie chciało nam się tłumaczyć Panu, że żeby zaparkować nasz samochód musiałby wejść przez okno. Tak jakby luksusowo. Jak już znaleźliśmy ustronne miejsce rozłożyliśmy mobilny warsztat, czyli skrzynkę z narzędziami. Upragniony prysznic musiał zaczekać. Łukasz poluzował śruby, nastawił metalowe kostki, skręcił i o dziwo pomogło. Drzwi śmigały jak przedtem. Jeszcze tylko wstępne mycie reprezentacyjne i lecimy się meldować. Gosia z bloga Voyagerka Hej! Jestem Gosia i prowadzę profil podróżniczy o nazwie Voyagerka. Łączę podróżowanie z pracą na etacie. Jestem dr n. farm., pracuję w laboratorium, ale moją drugą wielką pasją są właśnie podróże. Podróżuję od małego, dzieciństwo spędziłam w Japonii, gdzie przez prawie 2 lata pracował mój tata. Podczas studiów kontynuowałam wyjazdy, biorąc udział w farmaceutycznych praktykach zagranicznych w Portugalii i Serbii, oraz w Erasmusie we Włoszech. Na moim blogu opowiadam nie tylko o dalekich podróżach, ale także o ich medycznym aspekcie podróżowania. Najbardziej lubię klimaty pustynne i podróże w głąb krajów arabskich. Kontakt: blog | fanpage | Instagram Historia miała miejsce podczas moich studenckich praktyk w Portugalii. W jeden weekend zaplanowałyśmy z dziewczynami wypożyczenie auta, aby udać się z Lizbony do Algarve. Od początku coś nie miałyśmy szczęścia. Trzymałyśmy się w piątkę – ja, moja koleżanka Marta i trzy dziewczyny zza granicy – Zane z Macedonii, Andrea ze Słowacji i Trianti z Indonezji. Ja z Martą pojechałyśmy do wypożyczalni i miałyśmy odebrać dziewczyny z akademika (tylko ja i Marta miałyśmy prawo jazdy). Jednak jako studentki, nie miałyśmy kart kredytowych, i na miejscu okazało się, że nie możemy wypożyczyć auta! Obdzwoniłyśmy znajomych Portugalczyków, czy ktoś nas może poratować, a po pół godzinie kombinowania okazało się, że kartę kredytową ma nasza koleżanka z Indonezji. Zanim jednak dziewczyny do nas dojechały, minęło kolejne pół godziny. Ze sporym opóźnieniem, udało nam się w końcu wyjechać z Lizbony. Po godzinie drogi, przy zjeździe z ronda, zatrzymała nas policja. Wydało nam się to bardzo dziwne, bo to był fragment drogi, który naprawdę jechałyśmy wolno. Na poboczu stało jeszcze kilka aut. Poważni policjanci kazali nam wszystkim wysiąść z auta, otworzyć bagażnik i nasze bagaże. Przyprowadzili też psy, które zaczęły wąchać nasze bagaże. Czułyśmy się co najmniej zaniepokojone, szczególnie jak zaczęłyśmy się zastanawiać, czy w naszym wypożyczonym w końcu aucie na pewno czegoś nie ma. Jednak po 10 min, policjanci puścili nas dalej. Z bijącymi mocno sercami odjechałyśmy dalej, ale po kolejnej godzinie, znowu zatrzymała nas policja! Ja już byłam pewna, że tym razem dostanę mandat. Dziewczyny, jak tylko zatrzymałam auto, wyskoczyły szybko, pobiegły do bagażnika, zaczęły otwierać nasze bagaże i pokazywać je policjantowi. Nie wiem, kto był bardziej zdezorientowany – policjant na widok tego, że nagle 5 dziewczyn (o egzotycznej dla Portugalczyka urodzie) wyskoczyło z auta i pobiegło szybko do bagażnika (jego mina była bezcenna!!!), czy my, zdziwione, ze policjant jednak nie jest zainteresowany naszymi bagażami, a…po prostu nami. Staliśmy wszyscy naprzeciwko siebie, my, z otwartymi bagażami, czekające na psa i dokładną kontrolę, i on, jak się okazało, jeden jedyny policjant, bez żadnego psa i bez żadnej chęci sprawdzania plecaków. Okazało się, że chciał tylko rzucić okiem na dokumenty od auta i chwilę pogadać. A my już nastawiłyśmy się na kolejną kontrolę z psami. 😀 Jak po powrocie do Lizbony opowiadałyśmy to naszym portugalskim znajomym, to zapewniali, że ich nigdy w Portugalii nie łapali na kontrolę z psami, a już na pewno nie zatrzymywała ich policja dwukrotnie tego samego dnia. Nas jednak spotkał ten zaszczyt, ale do dzisiaj wspominamy to z uśmiechem. 😀 Irmina z bloga Na Pokładzie Życia Jestem autorką bloga, którego właśnie czytasz:) Miłość do podróży odkryłam 4 lata temu, kiedy wyjechaliśmy z Lubym do Korei Południowej. Odtąd podróżuję regularnie dzieląc się wszystkim z czytelnikami. Na blogu Na Pokładzie Życia znajdziesz darmowe przewodniki, najpiękniejsze miejsca w Polsce i na świecie, bezpardonowe recenzje atrakcji, a także tipy jak tanio podróżować i gdzie szukać podróżniczych promocji. Szczerze i bez ściemy– to moje hasło przewodnie. Napisałam dla ciebie e-booka o roadtripie po Cyprze Południowym dzięki któremu wyruszysz w podróż pełną niezapomnianych wrażeń! Kontakt: blog | fanpage | Instagram Serbia. Jedziemy do Mokrej Gory by odbyć przejażdżkę malowniczą kolejką wąskotorową Šarganska Osmica. Autobus nie jest już może pierwszej młodości, ale szczęśliwie docieramy do celu. Przejażdżka Šarganska Osmicą okazuje się jednym z naszych najpiękniejszych wspomnień z podróży po Serbii. Ale ja nie o tym. Osmica za nami, wracamy na przystanek autobusowy. Drewniana wiata, jakaś tam rozpiska jest, chociaż i tak upewniamy się jeszcze w internetach czy na pewno autobus do Uzic jeszcze dzisiaj będzie. Słoneczko pięknie grzeje, dzień niczym z sielankowej powieści romantycznej. Czekamy. Po jakimś czasie dołącza do nas dwoje ludzi. I tak sobie razem czekamy dalej. Po jakiejś godzinie podjeżdża prywatny samochód. Państwo, którzy czekali razem z nami, pakują się do tego samochodu. Spoglądamy na siebie zdziwieni. Może to znajomi? Ponownie zostajemy sami. Jakiś młody chłopak do nas podbija, i od słowa do słowa, zaprasza do wioski niedaleko, która powstała specjalnie na potrzeby filmu Emira Kusturicy. Autobusu ani widu ani słychu, więc idziemy zwiedzać. Atrakcja okazuje się zdecydowanie godna polecenia. Nadchodzi jednak czas kolejnego przyjazdu autobusu. Nasz towarzysz sprawdza jeszcze na serbskich stronach czy na pewno transport będzie o wyznaczonej godzinie. Będzie. Wracamy na przystanek. I ponownie podjeżdża prywatny samochód. Kierowca wysiada z auta. To ten sam, co wcześniej zabrał panią i pana. Pyta, gdzie chcemy jechać. Uzice. Okazuje się, że poza sezonem autobusy pełnowymiarowe kursują jedynie w godzinach szczytu. Pozostałe kursy odbywają się zwykłymi autami. Sęk w tym, że w aucie już komplet. pan na pani Co robić? Jedna pani bierze swojego pana na kolana, Luby bierze na kolana mnie. I tak sobie wesoło sardynkujemy:D Dodam, że na kolejnym przystanku bierzemy ze sobą jeszcze kogoś. I tak to właśnie wygląda w praktyce- jak na zdjęciu obok. Pan na pani. Do dziś wspominamy autowe sardynkowanie z uśmiechem. ŚMIESZNE HISTORIE Z WAKACJI. BLOGERZY PODRÓŻNICZY OPOWIADAJĄ: PODSUMOWANIE I jak? Mięśnie brzucha przećwiczone? Mam nadzieję, że tak, a jeśli jeszcze ci mało, to zapraszam do lektury pierwszej części tej serii. Znajdziesz ją tutaj: ZABAWNE HISTORIE Z PODRÓŻY. ŚMIAĆ SIĘ CZY PŁAKAĆ? BLOGERZY PODRÓŻNICZY OPOWIADAJĄ CZ. 1 Serdeczne dzięki dla wszystkich blogerów podróżniczych, którzy zdecydowali się podzielić swoimi śmiesznymi historiami z wakacji Na Pokładzie Życia: Karolina z bloga Women Of PolandMonika z bloga GeoZakręconaSylwia, Grzesiek i Igor z bloga Rodzina NomadówMaria z bloga Where is MINT?Ewelina z bloga W Poszukiwaniu Końca ŚwiataKaśka, Rysiek i Hania z bloga Z Ryśkami Przez ŚwiatOlga z bloga OlgustaArleta z bloga z bloga Historian’s JourneysMagdalena z bloga Okiem MalenySabina i Łukasz z bloga Dwie Połówki GlobuGosia z bloga VoyagerkaIrmina z bloga Na Pokładzie Życia (sobie też dziękuję za pracę włożoną w stworzenie tego artykułu) Pamiętaj, aby zapisać ten artykuł na swojej tablicy na Pintereście- w razie spadku energii i niewesołych myśli, będziesz mogła/mógł łatwo wrócić do przytoczonych tu śmiesznych historii z wakacji i odrobinę wyluzować. Trzymaj się ciepło,Irmina ZWIEDZAJ ŚWIAT: SZTUKA ULICZNA W PAFOS: PIĘĆ MURALI, KTÓRE WARTO ZOBACZYĆ (FRAGMENT E-BOOKA O ROADTRIPIE PO CYPRZE)35 CIEKAWYCH KSIĄŻEK DO CZYTANIA DLA DOROSŁYCHLARNAKA I OKOLICE: JAKIE ATRAKCJE CZEKAJĄ NA CIEBIE? GDZIE ZJEŚĆ? CO Z NOCLEGIEM? ZWIEDZANIE BEZ ZADYSZKI 48/85 Przeglądaj galerię za pomocą strzałek na klawiaturze PoprzednieNastępne Wakacyjne memy, czyli lato i nasze urlopy z przymrużeniem oka. Też macie czasami poczucie, że zła pogoda tylko czyha na moment jak ruszycie na wakacje? Jako, że lato w pełni, a upały naprawdę dają popalić - przygotowaliśmy dla Was zestaw wakacyjnych memów. Żeby zobaczyć je wszystkie - kliknij w zdjęcie i przejdź do galerii. Jak weekend to tylko na Dolnym Śląsku - Kliknij i ZOBACZ;nfHawaje na Dolnym Śląsku - Kliknij i ZOBACZ;nf Temat: a idę na urlop :) Marta S.: Hubert S.: Marta S.: ok, ty strzeliles przypadkowo a mnie zachecilo do wpisu :) bo mi sie to miasteczko kojarzy z pewnym weekendem, srednio milym...jesli zbierasz slowka czeskie to pamietaj, ze listek to bilet i nigdy niczego w czechach nie SZUKAJ, ale to pewnie wiesz :))) wiem :))) Czeski jest taki fajny, ze az się głupio odezwac :P Dlatego jak zawsze bylismy w Czechach to gadalismy po angielsku zey nie robić cyrków :)) Albo po polsku hehe, ale oni nie przepadają za Polakami, wiec juz lepiej chyba Anglika udawac (swoja drogą dziwi mnie niechec Czechów do Polaków i Polaków do Czechów - moze to za praska wiosne i czołgi, dla mnie czechy sa naprawde wspaniałym krajem, całą ta atmosfera, kurde, no i Praga, piekniejsza od Wiednia o 3 razy co najmniej.. No i ja język tez ich lubię, mimo ze zabawny, zwlaszcza jak mezczyzna mowi, bo u kobiet to całkiem fajne, taka gadka jak małe dzieci:P)Hubert S. edytował(a) ten post dnia o godzinie 10:20 ah marzylo mi sie kiedys wyjsc za maz za czecha(moze jeszcze sie uda);)wlasnie ze wzgledow jezykowych, ciagle za malo mam smiechu,a tak bol brzucha smiechowy,bylby do konca zycia gwarantowany, ale tylko przyjaciolki sie dorobilam, ktora na moje szczescie/nieszczescie do Pragi juz wrocila...ale Wieden tez piekny i wcale nie 3 raz brzydszy od Pragi...chcialabym jeszcze Budapeszt zobaczyc od tych dwoch stolic podobno jeszcze piekniejszy... Moim zdaniem Budapeszt to zły sen przy Pradze i Wiedniu. Zaniedbany okropnie, jedynie w nocy, gdy światła się świecą, nie widać PRL-u;) Marta S. „ Trzymaj się z dala od ludzi, którzy tłamszą twoje marze... Temat: a idę na urlop :) Moim zdaniem Budapeszt to zły sen przy Pradze i Wiedniu. Zaniedbany okropnie, jedynie w nocy, gdy światła się świecą, nie widać PRL-u;) ...oh jak to mowi moj mlodszy brat, zabilas moje marzenia ;) ja mam takie wspomnienia jak ty z Bratyslawy Aneta S. trener, doradca zawodowy, coach Temat: a idę na urlop :) A Wasze ulubione miasta w takim razie? Temat: a idę na urlop :) Marta S.: Moim zdaniem Budapeszt to zły sen przy Pradze i Wiedniu. Zaniedbany okropnie, jedynie w nocy, gdy światła się świecą, nie widać PRL-u;) ...oh jak to mowi moj mlodszy brat, zabilas moje marzenia ;) ja mam takie wspomnienia jak ty z Bratyslawy Bratysława to tylko ryneczek i uwielbiam klimat tego ryneczku, reszta to normalna jakaś Wola i Ochota;) Temat: a idę na urlop :) Aneta S.: A Wasze ulubione miasta w takim razie? Nowy Jork, Marsylia, Aix en Provence, w ogóle cała Francja, prościej będzie;)Kraków, Praga, Książ (Dolny Śląsk). Nie, ja mogę pisać w nieskończoność, uwielbiam wszystkie piękne mias6ta, szczególnie jak jest dużo fontann, wąskich uliczek z latarniami i małych kafejek:) Aneta S. trener, doradca zawodowy, coach Temat: a idę na urlop :) Marta Sokołowska: Aneta S.: A Wasze ulubione miasta w takim razie? Nowy Jork, Marsylia, Aix en Provence, w ogóle cała Francja, prościej będzie;)Kraków, Praga, Książ (Dolny Śląsk). Nie, ja mogę pisać w nieskończoność, uwielbiam wszystkie piękne mias6ta, szczególnie jak jest dużo fontann, wąskich uliczek z latarniami i małych kafejek:) Moje to Praga, Sopot, TORUN!!!, Nowy Jork i Seattle. Nie bylam jeszcze we Francji, ale w Ksiazu owszem i w zamku, i dodatkowo na zawodach w ujezdzaniu - ekstra bylo! Kocham konie! konto usunięte Temat: a idę na urlop :) Marta Sokołowska: Aneta S.: A Wasze ulubione miasta w takim razie? Nowy Jork, Marsylia, Aix en Provence, w ogóle cała Francja, prościej będzie;)Kraków, Praga, Książ (Dolny Śląsk). Nie, ja mogę pisać w nieskończoność, uwielbiam wszystkie piękne mias6ta, szczególnie jak jest dużo fontann, wąskich uliczek z latarniami i małych kafejek:) nie wiedziałem, ze Nowy Jork i Marsylia są w Czechach :P Aha, znaczy - zmieniamy temat? :))))) konto usunięte Temat: a idę na urlop :) Marta S.:...ale Wieden tez piekny i wcale nie 3 raz brzydszy od Pragi...chcialabym jeszcze Budapeszt zobaczyc od tych dwoch stolic podobno jeszcze piekniejszy... eetam, masz złe podejscie :)) Wieden jest piekny, ale Praga piekniejsza, a nie ze Praga ładna a wieden 3 razy brzydszy :)) Trzeba sie pozytywnie nastawić :)) Wieden jest b. ładny, magia habsburgów itd, ale jest TAK ładny wycacany, ze az za ładny. Praga ma jednak, jak dla mnie, niepowtarzalny urok, jest mniej wielkopańska, taka sympatyczna, no i jezyk i czeska kultura, dla mnie jedno z ładniejszych na swiecie, z tych co widziałem :) Marta S. „ Trzymaj się z dala od ludzi, którzy tłamszą twoje marze... Temat: a idę na urlop :) Hubert S.: Marta S.: ...ale Wieden tez piekny i wcale nie 3 raz brzydszy od Pragi...chcialabym jeszcze Budapeszt zobaczyc od tych dwoch stolic podobno jeszcze piekniejszy... eetam, masz złe podejscie :)) Wieden jest piekny, ale Praga piekniejsza, a nie ze Praga ładna a wieden 3 razy brzydszy :)) Trzeba sie pozytywnie nastawić :)) Wieden jest b. ładny, magia habsburgów itd, ale jest TAK ładny wycacany, ze az za ładny. Praga ma jednak, jak dla mnie, niepowtarzalny urok, jest mniej wielkopańska, taka sympatyczna, no i jezyk i czeska kultura, dla mnie jedno z ładniejszych na swiecie, z tych co widziałem :) MAsz racje, zle podejscie miewam, ale napisalam tak tylko dla kontrastu...a Wieden nie taki wycacany w porownaniu z Niemcami, troche sie nie spodziewalam brudow tu i tam...ale, zem Polka to mi to nieprzeszkadzalo, brudy oczywiscie. Marta S. „ Trzymaj się z dala od ludzi, którzy tłamszą twoje marze... Temat: a idę na urlop :) Aneta S.: A Wasze ulubione miasta w takim razie? ...ja niewiele jeszcze widzialam, ale wole "miastowo-miasteczkowe" urlopy, moze dlatego, ze pochodze z Mazur, wiec juz mi sie opatrzyly wiejskie klimaty i blogi spokoj, w czasie swiat u rodzicow wystarczy by podregenerowac akumulatorki. Aneta S. trener, doradca zawodowy, coach Temat: a idę na urlop :) Marta S.: troche sie nie spodziewalam brudow tu i tam...ale, zem Polka to mi to nieprzeszkadzalo, brudy oczywiscie. Brudy sa w Kijowie. O rany, jak oni brudza!!! Wszystko rzucaja na ulice! A potem sprzataja. Z rownym zapalem.:) Za to sa tam najbardziej kobiece kobiety, jakie kiedykolwiek widzialam. W najkrotszych spodniczkach.:) konto usunięte Temat: a idę na urlop :) Aneta S.:>Za to sa tam najbardziej kobiece kobiety, jakie kiedykolwiek widzialam. W najkrotszych spodniczkach.:) moj znajomy mawiał , ze Rosjanki i cały wschód smierdza kiełbasą, ale to cham był, nie wiem, nie mogę potwierdzić, nei sprawdzałem :P Aneta S. trener, doradca zawodowy, coach Temat: a idę na urlop :) Hubert S.: Aneta S.:>Za to sa tam najbardziej kobiece kobiety, jakie kiedykolwiek widzialam. W najkrotszych spodniczkach.:) moj znajomy mawiał , ze Rosjanki i cały wschód smierdza kiełbasą, ale to cham był, nie wiem, nie mogę potwierdzić, nei sprawdzałem :P Cos Ty! Wyperfumowane, wymalowane od samego rana zrobione na bostwa! Ale ja o Ukrainkach, bo w Rosji nie bylam. Za to cuda natury to Dunki. Gdybym sie miala jeszcze raz urodzic, to chcialabym byc taka jedna smukla i wiotka dunska blond pieknoscia, co to ja przyuwazylam w metrze. I - uwaga - jeszcze nie widzialam Dunki w szpilkach!!! Temat: a idę na urlop :) A ja chcę do Wilna i do Lwowa:) Aneta S. trener, doradca zawodowy, coach Temat: a idę na urlop :) Marta Sokołowska: A ja chcę do Wilna i do Lwowa:) Ja tez! Temat: a idę na urlop :) Hubert S.: Marta Sokołowska: Aneta S.: A Wasze ulubione miasta w takim razie? Nowy Jork, Marsylia, Aix en Provence, w ogóle cała Francja, prościej będzie;)Kraków, Praga, Książ (Dolny Śląsk). Nie, ja mogę pisać w nieskończoność, uwielbiam wszystkie piękne mias6ta, szczególnie jak jest dużo fontann, wąskich uliczek z latarniami i małych kafejek:) nie wiedziałem, ze Nowy Jork i Marsylia są w Czechach :P Aha, znaczy - zmieniamy temat? :))))) Jakoś tak globalnie temat potraktowałam;) konto usunięte Temat: a idę na urlop :) Aneta S.:Gdybym sie miala jeszcze raz urodzic, to chcialabym byc taka jedna smukla i wiotka dunska blond pieknoscia, co to ja przyuwazylam w metrze. I - uwaga - jeszcze nie widzialam Dunki w szpilkach!!! a w gumofilcach i z kanką na mliko? :))) Temat: a idę na urlop :) Hubert S.: Aneta S.: Gdybym sie miala jeszcze raz urodzic, to chcialabym byc taka jedna smukla i wiotka dunska blond pieknoscia, co to ja przyuwazylam w metrze. I - uwaga - jeszcze nie widzialam Dunki w szpilkach!!! a w gumofilcach i z kanką na mliko? :))) hahahahahahaha A ja sie nie zamienię na żadną duńską piękność, wszak "Dania jest więzieniem";PP;) Aneta S. trener, doradca zawodowy, coach Temat: a idę na urlop :) Hubert S.: jeszcze nie widzialam Dunki w szpilkach!!! a w gumofilcach i z kanką na mliko? :))) Tez nie.:) One sa takie stylowe, z klasa, chociaz baaardzo praktyczne. Naprawde Dania ze swoja kultura bylaby the best, gdyby nie ten ich pierunski S. edytował(a) ten post dnia o godzinie 12:07 Aneta S. trener, doradca zawodowy, coach Temat: a idę na urlop :) Marta Sokołowska:wszak "Dania jest więzieniem";PP;) Z czego to?Aneta S. edytował(a) ten post dnia o godzinie 12:09

idę na urlop śmieszne